PL EN

Dorota Terakowska

Fot. archiwum autora

Dorota Terakowska

Babci Brygidy szalona podróż po Krakowie

posłuchaj
Czyta Marta Meissner, nagranie zrealizowane we współpracy ze Stowarzyszeniem Radiofonia.
przeczytaj
Fragment udostępniony dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego.

- Och! O rany! - zawołałem pełen zachwytu... i grozy. Sam nie wiedziałem, czego było więcej. Przed nami widniała wielka pieczara, rozjaśniona czerwonym, jaskrawym światłem. To światło biło od najprawdziwszego w świecie smoka! Smok był zielony, miał wielki, pokryty łuskami tułów, długi, gruby ogon - i aż trzy głowy! Z pyska – a właściwie z trzech pysków na przemian - buchał ogień. I właśnie ten ogień rozświetlał pieczarę!

- Babababababciu... - wyjąkałem, ale babcia wcale nie zwracała na mnie uwagi.

- Smoczek, smoczunio... - powiedziała łagodnie i z czułością. - Czułam, że tu jesteś.

“Ładny mi «smoczek»...” - jęknąłem w duchu. - Ogromny potwór!

- Czy to rzeczywiście ty, Brygido? - ryknął radośnie smok, aż echo odbiło sie od ścian pieczary, a mnie wydawało sie, że to nie głos, lecz grzmot! Podskoczyłem z wrażenia, a smok ryczał dalej:

- Droga Brygido, czułem, że mnie kiedyś odwiedzisz, choć nie wiedziałem, kiedy to nastąpi. Myślałem, że może za tysiąc lat, może za pięćset, a może dopiero za następne dwa tysiące lat? Czekałem bardzo niecierpliwie.

Babcia spostrzegła moje oszołomione spojrzenie i łaskawie wyjaśniła:

- Smoki, drogi wnuczku, żyją średnio pięć tysięcy lat. Ten jest jeszcze smoczym dzieckiem, Smoczkiem, sam rozumiesz, ma raptem tysiąc pięćset lat. Jest synem Smoka, tego który...

- ...którego zatruli baraniną, za króla Kraka, brrrrr! - ryknął Smoczek. - Od tego czasu w ogóle nie jadam mięsa! Ani mięsa dziewic, jak mój tatuś, ani żadnego innego!

Przezwyciężyłem strach i zapytałem:

- Więc co jesz?

- Jestem jaroszem. Jadam wyłącznie trawę, a szczególnie lubię koniczynę. Mniam! Mniam! - i mlasnął trzema językami.

Potem sprawa sie wyjaśniła: otóż smoki jadają dużo, ale rzadko. Smoczek wychodził tajemniczym korytarzem z pieczary ciemna nocą najwyżej raz na rok i najadał sie trawy na wiślanych wałach. Potem pił wodę z Wisły, ale ostrożnie...

- Jest wyjątkowo ohydna - poskarżył sie - nie to, co przed dwustu laty, gdy miała smak prawdziwej wody!

Raz smok tak sie najadł i opił, że miał nawet kłopoty z wciśnięciem sie na powrót do pieczary!

- Brygido, czy pamiętasz, co lubią prawdziwe i dobre smoki? – spytał przymilnie, patrząc pożądliwie na torbę mojej babci.

- Owszem, pamiętam - odparła babcia i zaczęła wyjmować ze swojej wielkiej torby pękate butelki. Teraz dopiero zrozumiałem, czemu babcia nosi takie olbrzymie torby! W tej swobodnie zmieściło sie sto butelek!

- Co to jest? - spytałem pełen ciekawości, widząc, że Smoczek aż mlaska trzema ogromnymi jęzorami.

- Tran - wyjaśniła babcia. - Ty tego nie pamiętasz, bo dzisiaj wszystkie witaminy są w kolorowych pigułkach, ale za czasów twoich rodziców było inaczej. Każde dziecko, codziennie, dla wzmocnienia dostawało od swojej mamy dużą stołową łyżkę tranu. A że to było wyjątkowo niesmaczne, więc matki zatykały dzieciom nos jedną ręką, a drugą wlewały im do buzi łyżkę tranu...

- Ależ to tortury! - krzyknąłem z oburzeniem.

- Smoki bardzo lubią tran! - ryknął Smoczek. - Grzecznym smokom nikt nie musi zatykać nosa!

Nie wyobrażałem sobie człowieka, który zgodziłby się temu smoczemu dziecku, zwanemu Smoczkiem, zatkać choćby jeden z jego trzech nosów! Nawet wątpię, czy babcia Brygida byłaby na tyle odważna!

- A co słychać u smoków? Tak w ogóle? - spytała grzecznie babcia.

Smoczek tymczasem zdążył wychłeptać jedna butelkę. Chłepcząc dwie następne dwiema paszczami, trzecią paszczą prowadził z babcia rozmowę:

- Nie wiem, jak wiedzie się moim braciom w Afryce czy Australii, ale tutaj, gdzie mieszkam, jest raczej ciężko - westchnął. - Mam dookoła mnóstwo wrogów, i to takich, jakich w życiu nie widziałem! Smoki te musiały urodzić się najwyżej kilkadziesiąt lat temu, prawie że wczoraj. Jest to jakiś całkiem nowy rodzaj smoków, wyjątkowo potwornych! Wcale ich nie widzę i nie słyszę, a jednak zieją skądś okrutnym, smrodliwym dymem! Gdzie nie spojrzę i gdzie nie skieruję nosa, wszędzie są! Cuchną tak, jak żaden porządny smok przed wiekami! Doprawdy, musza to być jakoweś potwory, aż boję się o tym myśleć i coraz rzadziej wychodzę na spacery. A zresztą nocą śmierdzą jeszcze bardziej...

Babcia Brygida spojrzała na mnie z uwagą:

- Bartku, naprawdę nie słyszałeś o jakichkolwiek smokach w okolicy?

- Nieeeee... - zdziwiłem sie, ale powoli coś zaświtało mi w głowie. Zacząłem domyślać się, kogo Smoczek bierze za te wyjątkowo groźne potwory...

- Już wiem! - wrzasnąłem triumfalnie. - Te smoki to huty, kopalnie śląskie, Janina, Piast i Ziemowit, to Elektrownia Jaworzno!

- Cóż za dziwne imiona noszą te smoki - zadrżał Smoczek i ściany pieczary zadrżały z nim. - Pewnie są równie straszliwe jak ich nazwy! Smok Kopalnie Śląskie? Smok Huta? Smok Janina...? Chociaż Smok Janina nawet nie brzmi najgorzej... Janina... hm... czy to smoczyca, drogi Bartku? Nie wiesz, czy ładna? Ile ma głów ta Janina?

- Ależ to są sztuczne fabryki! Tu nie ma żadnych smoków w całej okolicy! Jesteś jedynym! - zawołałem.

Smoczek ucieszył sie i ryknął ze zdwojoną siłą:

- Och, mój drogi! Nawet nie wiesz, jaką radość mi sprawiłeś! Bo już myślałem, że to jakiś nowy i groźny gatunek smoków dymiaco-pylacych! Bo ja zionę ogniem, ale to jest całkiem przyjemny zapach i nikomu nie szkodzi...

- Te smoki dymiąco-pylące, jak mówisz, są groźne, to prawda, ale są też pożyteczne - wyjaśniłem. - One robią stal, która jest potrzebna do budowy domów i samochodów, pociągów i tramwajów, garnków i traktorów, prawie do wszystkiego, czego człowiek potrzebuje. Ale przy okazji jest dużo dymu i pyłu. Nawet domy od tego chorują, zwłaszcza te najstarsze. I ludzie próbują cos robić, żeby one tak nie śmierdziały, ale nie zawsze im sie to udaje...

- Och, dziękuję ci, mój drogi! - zawołał Smoczek. - Dzięki tobie wyzbyłem się strachu przed nieznanymi potworami! Gotów jestem z wdzięczności ofiarować ci butelkę tranu... hm... powiedzmy, połowę butelki... nie, to znaczy, dokładnie ćwierć... albo zresztą... hm... dam ci jeden łyk tranu, malutki łyczek, tyczunio - oznajmił Smoczek, patrząc zarazem pożądliwie i z żalem na butelki pełne obrzydliwego tłustego płynu.

- Bardzo ci dziękuję, naprawdę nie mam ochoty – powiedziałem skwapliwie.

Fragment udostępniony dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego.
zwiń

Dorota Terakowska

(1938-2004) pisarka, dziennikarka, autorka powieści dla dzieci, młodzieży i dorosłych.

Przez całe życie była związana z Krakowem. Z gimnazjum dla dziewcząt im. J. Joteyki na krakowskim Podwalu została dyscyplinarnie usunięta. Ukończyła socjologię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Od lat 60. pracowała jako dziennikarka, m.in. w Gazecie Krakowskiej, Przekroju, Czasie Krakowskim.

W latach 80. zaczęła publikować powieści dla dzieci i młodzieży, m.in. Lustro Pana Grymsa, Gumę do życia czy Babci Brygidy szaloną podróż po Krakowie. Była trzykrotną laureatką nagrody polskiej sekcji IBBY — Światowej Rady Książki dla Młodzieży. Powieść Córka czarownic została wpisana na listę honorową tej organizacji. Pisała też powieści dla dorosłych, w których poruszała problemy związane z rodzicielstwem. Powieść Ono otrzymała w 2003 r. tytuł Krakowskiej Książki Miesiąca.

Była żoną Macieja Szumowskiego, reżysera i dziennikarza, który zmarł niespełna miesiąc po niej. Na ich cześć nazwano Park Maćka i Doroty na krakowskich Klinach. (mj)

zobacz na mapie
Mapa
< przejdź do strony głównej