PL EN

Jan Stoberski

rys. Janota

Jan Stoberski

Pogromca smutku i inne opowiadania

posłuchaj
Czyta Piotr Marecki.
przeczytaj
Fragment udostępniony dzięki uprzejmości Korporacji Ha!art.

Jako chłopiec nieraz marzyłem o tym, by nigdy nie być bogaczem, by nikt nigdy nie zapisał mi w spadku wielkiego mienia, by nie gnębiły mnie owe przeróżne kłopoty, jakie tak często miewają ludzie bardzo majętni. Los odniósł się nader przychylnie do tych moich chłopięcych marzeń. Spełniły się one całkowicie, za co jestem losowi niezmiernie wdzięczny.

            Nie życzyli też nikomu, żeby opływał w złoto, i nie współczułem ani trochę pewnemu groszorobowi i sknerze, gdy zgubił gdzieś swój pękaty portfel i biadał, jakie go to spotkało nieszczęście. A kiedy mnie zawieruszyło się trochę pieniędzy, tylko przez chwilkę martwiłem się z tego powodu, wnet bowiem rozbawiła mnie myśl, że przecież powinienem cieszyć się faktem, iż doznałem jedynie błahej straty  materialnej. Gdybym się nią dłużej przejmował, musiałbym potem z kolei myśleć o sobie z politowaniem, ze wstydem i ze śmiechem.

            Nie starałem się zazwyczaj o to, żeby ułatwić sobie życie, i nawet chwilami czułem się lepiej, kiedy je sobie nieco utrudniałem.

            Nie unikałem też różnych trosk codziennych; borykanie się z nimi i wytrwałe znoszenie ich sprawiało mi częstokroć sporą przyjemność. Nie dbałem również o to, żeby kupować sobie zawsze jak najlepiej dopasowane obuwie, śmieszyło mnie bowiem, kiedy musiałem uważać, by moje cośkolwiek za obszerne trzewiki nie spadały mi z nóg podczas szybkiego marszu: podobnie bawiło mnie, kiedy krzesło, na którym mnie posadzono, chwiało się z lekka i groziło, że lada chwila zwalę się na podłogę.

            Pewnego dnia zamierzałem upewnić się co do tego, czy posiadam silną wolę i czy potrafię zapanować nad swym łakomstwem lub zmysłowością. Zjadłem więc tylko jedno ciastko, chociaż kupiłem ich trzy, i wypiłem tylko jeden kieliszek wódki w towarzystwie przyjaciół, którzy pokpiwiali z mej wstrzemięźliwości. Potem znów poprzestałem na mocnym uściśnięciu zgrabnej i ponętnej Fryderyki, ku jej zdziwieniu, a może i niezadowoleniu. Lecz gdy późnym wieczorem wziąłem w rękę nudnawą powieść, żeby dowieść sobie, że zdołam się oprzeć potężnej senności, jaka mnie ogarnęła już po przeczytaniu paru kartek nie wytrzymałem i odłożywszy powieścidło, zasnąłem. 

Fragment udostępniony dzięki uprzejmości Korporacji Ha!art.
zwiń

Jan Stoberski

(1906 – 1997) Żył na sposób franciszkański, jadł niewiele, wszędzie chodził na piechotę, właściwie nie posiadał niczego, większość zarobionych na druku opowiadań pieniędzy pożyczał. Jak sam pisał, „upajał się szczęściem z powietrza”. Miał tylko jeden nałóg: był uzależniony od ludzi. Codziennie przemierzał Kraków strategicznie obmyśloną trasą, odwiedzając mieszkania znajomych.

Podczas wizyty niewiele mówił, za to chętnie słuchał, czasem przysypiał, po jakimś czasie przenosił się do kolejnego mieszkania, do kolejnych ludzi. Znowu słuchał, znowu przysypiał. Zachowywał się przy tym tak, jakby go nie było, jakby założył czapkę niewidkę. Po starannym obchodzie wracał do siebie na Paulińską i ze swoich obserwacji „robił” literaturę.

zobacz na mapie
Mapa
< przejdź do strony głównej