PL EN

Jerzy Franczak

Fot. PIO

Jerzy Franczak

„Nieludzka komedia”

posłuchaj
przeczytaj
Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego
Po wejściu do autobusu od razu przechodzę wstępną lustrację: siedzące w pierwszej loży paniusie mierzą mnie od stóp do głów, a obok dwie nastki pytlują o szkole, jedna z nich, połykając głoski, ślini się: - Fjna jst mja klsa, tka trrchę zwariowana… Och, mała, jesteś szalona, mówię ci! Cały tramwaj zwariowany, zaraz zrobi pętelkę i wszystkim nam zakręci się w głowach, mnie, tobie, twojej psiapsiule i babci w berecie! Boże, takich ludzi powinno się zakazać!! Nagle pasażerowie, jakby czytali w moich myślach, przeżegnali się i spojrzeli na mnie złowrogo. Za oknem mignęło hangarocoś z kominem? wieżą? więc pewnie kościół, a ja się poczułem jak Marsjanin, oni żegnają się jeszcze raz i jeszcze raz patrzą, a ja już się czuję jak z Syriusza, a dodać wypada, że właśnie wjeżdżamy w miasto, tu co drugi budynek to kościół! Więc to ich pielgrzymowanie na targ, na pocztę, do Carrefoura wymierzone jest we mnie …

Wysiadam – za wcześnie – skrzyżowanie, auta, nie wiem, gdzie jestem. Robię w tył zwrot, baczność i spocznij.

Trochę to wszystko bez sensu, ale dotykam groźnego bezsensu na co dzień, więc przywykłem. Jako pan od polskiego czytam z uczniami wiersze, to jest plotę trzy po trzy, a oni śledzą tępym spojrzeniem moje nieznaczne ruchy (dwa kroki w przód, dwa w tył). Doprowadza mnie to do egzystencjalnych mdłości; gadam, patrzę na ich zmącone nudą i sennością twarze, a kątem oka widzę jak za oknem kołysze się i szumi potężny platan, i nie ma we mnie żadnej myśli, prócz takiej może, że „drzewo musi się wyszumieć”. Moje ruchy, dźwięki, które produkuję, ich milcząca obecność – to objawienie absurdu, o jakim nie śniło się żadnemu Sartre’owi. Więc mówię dalej, bez końca, jak w męczącym śnie, a klasa zaczyna się dyskretnie uśmiechać, chichotać pokątnie i nie wiem, czy pobrudziłem się kredą, czy mam koguta na głowie, czy rozpięty rozporek, a przecież ich nie zapytam.

Kiedyś, w jednej knajpie, po kilku samotnych piwach, przysiadłem się do dwóch dziewczyn i zacząłem coś do nich bełkotać, a one tylko chichotały. Ja zagajam, a one nic tylko parskają śmiechem i szepczą coś do siebie i znowu parskają. Subtelnie kładę rękę na ręce jednej z nich, a ta się odsuwa, sięga po torebkę, ja chrząkam, podnoszę się, a ona „do zobaczenia”. – Jak? gdzie? – W czwartek na lekcji. W czwartek wywołałem ją do odpowiedzi i przeczołgałem przez całe średniowiecze, tak że na koniec wyglądała jak święta Gryzelda i tylko patrzyła na mnie błagalnie, żebym przestał. Albo innym razem (streszczam mój życiowy dramat w anegdotach, bo jest on potwornie nudny) zauważyłem, że uczeń z ostatniej ławki coś rysuje w zeszycie, przechyla głowę, wysuwa język i mozolnie koloruje. Podszedłem szparko, patrzę: wielki czerwony napis „WISŁA KRAKÓW”. Kazałem mu wyrwać tę kartkę i za karę przepisać w zeszycie sto razy „CRACOVIA PANY”.
Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego
zwiń

Jerzy Franczak

zobacz na mapie
Mapa
< przejdź do strony głównej