PL EN

Jerzy Pilch

Jerzy Pilch i Andrzej Stasiuk na Festiwalu Conrada w 2009 r., fot. Andrzej Rubiś

Jerzy Pilch

Drugi dziennik

posłuchaj
Czyta Izabela Helbin, nagranie zrealizowane we współpracy ze Stowarzyszeniem Radiofonia
przeczytaj
Fragment udostępniony dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego

Minionego lata w tramwaju nr 17 ujrzałem kobietę czytającą książkę. Widok taki zawsze mnie porusza, zawsze reaguję z równie intensywną, co niezrozumiałą emocją. Nie mam pojęcia jaką. Nie chodzi o mniej lub bardziej erotyczne reakcje na kobiecość czy intelektualne na lekturę. W każdym razie nie tylko o takie reakcje idzie. „Czytająca w tramwaju” uruchamia we mnie dziwny mechanizm, trąca tajemną strunę, oczywiście zachwyca, generalnie zachwyca, ale też (zgoła nie marginalnie) irytuje, drażni, rozwściecza, z święcie ustalonego rytmu wybija.

Na pytania, jaki tu jest kompleks, jaka psychoanaliza czy inna metempsychoza, już nie szukam odpowiedzi. Od pewnego czasu w ogóle nie stawiam tego rodzaju pytań. Kiedyś niezmiennie w takiej sytuacji przywoływałem Esse Miłosza, wiersz ten zdał mi się zarówno modlitwą do wszystkich przypadkowo napotkanych bogiń, jak i filozoficznie wszechstronną analizą takiego spotkania. Był zresztą i w sensie ścisłym jest czymś takim, ale przestałem się z nim bezkrytycznie identyfikować. Nie obejmował mojego przypadku. Okej — nie szarżujmy. Obejmował, ale nie w całości. Nie tylko dlatego że Miłoszowa piękność niczego nie czytała. Z innych powodów. Przeczuwanych, ale nienazywalnych. Skoro przez czterdzieści lat się ich nie znalazło, nie nazwało i nie sprecyzowało — można dać sobie spokój i gapić się bezinteresownie. Gapić się, nie dociekając powodów gapienia. Gapić się, nie układając teorii gapienia.

Tym razem nawet jakby błąkały się po głowie jakieś przekonujące powody czy teorie, nie zmieściłyby się jednak w polu doznań. Pole doznań było tradycyjne, ale jedno: zachwyt. Pierwszy i jedyny tak totalnie konsekwentny przypadek. Zachwyt i nic prócz zachwytu. Zachwyt nieskończenie — w sensie kosmicznym — gęsty.

Ładnych parę czytających w tramwajach lasek odnotowałem, były wśród nich istoty niezauważalne niczym trik iluzjonisty i rzucające się w oczy niczym bengalskie fajerwerki, ich lektury bywały „daleko niżej”, ale też „daleko wyżej literatury wagonowej”, sposoby czytania też przerozmaite, przeważnie statyczne, choć jak trafiała się dynamika — Boże mój!

Nigdy na przykład nie zapomnę pewnej zaskakująco niskiej (nie sięgała nogami podłogi, i to nie sięgała znacznie, gdy zbliżał się jej przystanek, zsunęła się z siedziska niczym z burty tonącego statku) i zarazem niezwykle kształtnej szatynki. Powiedzieć, że czytała książkę, to wypowiedzieć się nie na temat. Ona pożerała książkę, obcowała z książką, poślubiała ją i wyprawiała jej pogrzeb, i to pogrzeb z muzyką, gwałciła jakiś nie za gruby tom w miękkich okładkach, przyciskała go do biustu jak nie wiadomo jaki talizman, może nawet niemowlę, które w następnej sekundzie była gotowa opluć, zelżyć i wyrzucić przez okno… Tysiąc innych sinusoidalnie falujących ekscesów — na jaką książkę można tak reagować? Nie dowiem się nigdy. Miniaturowa fanatyczka obcowania z, niestety, nierozpoznanym drukiem zwartym wysiadła, przepadła.

Fragment udostępniony dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego
zwiń

Jerzy Pilch

(ur. 1952) Wychował się w Wiśle, a jego rodzina związana była z Kościołem ewangelicko-augsburskim, z czego uczynił jeden z podstawowych wątków swojej twórczości. Ukończył polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jest jednym z najpopularniejszych, a zarazem najlepszych polskich prozaików oraz autorem klasycznych już felietonów, z którymi gościł na łamach kilku tytułów prasowych. Znany jest również jako dramaturg i scenarzysta filmowy. Dzięki temu, że mieliśmy Pilcha w Krakowie, nasze miasto zyskało co najmniej kilka wyjątkowych fraz, bez których widzielibyśmy Kraków zupełnie inaczej. Co więcej, fraz tych stale przybywa, bowiem w twórczości płodnego pisarza Kraków jest stale obecny – głównie retrospekcyjnie – mimo spektakularnej i emblematycznej przeprowadzki do Warszawy. Przez lata Pilch był bowiem związany z „Tygodnikiem Powszechnym”, dla którego porzucił studia doktoranckie na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale „Tygodnik” porzucił w 1999 roku dla Warszawy – i dla „Hustlera”. (ezp)

zobacz na mapie
Mapa
< przejdź do strony głównej