PL EN

Mariusz Wollny

Fot. Jakub Pierzchała

Mariusz Wollny

Kacper Ryx

posłuchaj
Czyta Grzegorz Mielczarek, nagranie z archiwum Radia Kraków
przeczytaj

Kościół Najświętszej Marii Panny, zwany Mariackim, był otoczony potężnym i wysokim murem wychodzącym dość daleko w rynek, prawie aż pod „Mennicę”, czyli kamienicę na rogu rynku i Floriańskiej . Od południa do muru przytykały dwie stojące przy rynku nieduże bliźniacze kamienice, kończące się na ulicy Szkolnej, zwanej też Sienną. Między nimi a główną bramą cmentarną znajdował się wyciek rurmusu – jeden z rząpi, czyli wielkich bek, wystających ponad poziom burku i tretu, skąd mieszkańcy czerpali wodę do picia. Wewnątrz muru był cmentarz. Kiedyś parafialny – chowano w nim wszystkich parafian, ale od dawna już tylko patrycjuszy.

Do cmentarza wiodły trzy bramy i dwie furty. Wielka brama wjezdna znajdowała się od strony rynku, na wprost głównego wchodu do fary Mariackiej. Do muru cmentarnego tuliły się byle jak sklecone szopy i budy, w których gnieździli się najubożsi mieszkańcy, plebeje, wynajmujący się za niewielką opłatą do najgorszych, dorywczych prac, jak sprzątanie i wywożenie nieczystości, pilnowanie jatek w nocy przed złodziejami i tym podobnych. Ponieważ ludzie schodzili się tu nie tylko do kościoła czy na groby bliskich, ale także by spotkać się i poplotkować, a wielu z nich było zamożnych, zawsze więc istniała szansa wywiedzieć się przy okazji o jakąś robotę, dostać datek, albo przynajmniej pożywić resztkami z jatek. Dlatego nie było to wcale takie złe miejsce dla nędzarzy; lepsze niż peryferyjne uliczki przy murach miejskich, jak Kocia czy Psia albo Krowia, nie mówiąc o nieużywanych piwnicach, stajniach czy chlewikach w zaniedbanych podwórkach.

Przekroczyliśmy bramę, obok której stał wielki kamienny grób. Do niego składano zmarłych zimą, by pogrzebać ich o sposobniejszej porze. Podczas zarazy zwożono tu na kupę trupy, aby potem wywieźć je za miasto: do dołów na Łobzowie, albo na wielkie cmentarzysko założone w ubiegłym stuleciu przez medyka Jana Welsa na Garbarach.

Pomiędzy skarpami kościelnymi mieściły się kostnice. Gromadzono w nich kości, wykopane z okazji kolejnych pochówków i czekające na pogrzebanie we wspólnym grobie. W mur kościelny wpuszczono płyty i tablice poświęcone znamienitszym zmarłym. W głębi cmentarza stała kaplica św. Barbary, ponoć zbudowana samorzutnie i za darmo przez mularzy z resztek cegieł pozostałych po budowie fary Mariackiej. Niepozorny kościółek św. Barbary miał wcale bogatą historię. W minionym stuleciu działało tu sławne Nadwiślańskie Bractwo Literackie, Sodalitas Litteraria Vistulana, skupiające pierwszych polskich i obcych humanistów, jak Włocha Kallimacha, Niemca Celtisa, czy pisarza miejskiego Heydecke zwanego Miriką, a obecnie Bractwo Mansjonarzy. W 1415 roku przeniesiono tu kazania polskie z fary Mariackiej, a znów nie tak dawno, bo w 1537 roku, po wielkiej awanturze, którą rozsądził król Stary, kazania polskie wróciły do fary, zasię niemieckie przeniesiono do kaplicy.

Był przy niej okrom latarni umarłych też Ogrojec, cieszący się wielką estymą krakowian, bowiem wielka, drewniana, otwierana szafa skrywała sławną płaskorzeźbę, ponoć dzieło Wita Stwosza albo jego uczniów, przedstawiającą Chrystusa Pana w Ogrojcu.

Przybyliśmy tu szukać ludzi, z których wielu z trudem zasługiwało na to miano, bowiem mur cmentarny był od środka, tak jak na zewnątrz, obłożony byle jak i z byle czego skleconymi budami, niewiele lepszymi od psich. W nich oraz pod kościelnym murem, a latem wprost na grobach i pomiędzy nimi, koczowały wyrzutki i męty społeczne. Od dziadów i bab proszalnych, wróżych i wiedźm, kalek wszelkiego rodzaju: ślepców, kulawych, garbatych, bezrękich, po hultajstwo najgorszego autoramentu: złodziei i bandytów gotowych poderżnąć komuś gardło za miedziaka. Po zmierzchu nikt o zdrowych zmysłach nie zbliżyłby się do tego miejsca.

zwiń

Mariusz Wollny

Krakus z wyboru, do którego jak ulał (jeśli "Hungariae" zastąpić "Silesiae") pasuje stare porzekadło: Nullum nisi hungaricum, Hungariae natum, Cracoviae educatur (nie masz wina nad węgrzyna, na Węgrzech zrodzonego, w Krakowie "edukowanego"). Autor książek historycznych dla dzieci i dorosłych. Popularność przyniosła mu tetralogia o Kacprze Ryksie, XVI-wiecznym krakowskim detektywie.

Kacper Ryx to podrzutek (odnaleziono go przy szpitalu duchackim 6 stycznia 1550, a więc w święto Trzech Króli – stąd imię Kacper i nazwisko Rex, przekręcone przez urzędnika dokonującego wpisu do ewidencji). Uczył się początkowo w szkole duchackiej, potem zostaje żakiem Akademii Krakowskiej: studiuje na Wydziale Sztuk Wyzwolonych, a następnie na Wydziale Medycznym. Kocha się przy tym w niejakiej Jance Wapowskiej. Mieszka w zaułku przy kościele św. Jana (dziś Zaułek Niewiernego Tomasza). Intrygę powieściową zawdzięczamy zaś temu, że Kacper Ryx jest również inwestygatorem, czyli śledczym królewskim. (ezp)

zobacz na mapie
Mapa
< przejdź do strony głównej